Moja droga do punktu docelowego zaczęła się właśnie wraz z Jego powrotem. Wcześniej czułam się jakbym ciągle się przesiadała. A sama podróż? Let me see... Czasem odrobinę męcząca, minimalnie niewygodna i irytująca jak popołudniowe korki w mieście. Ale w większości ekskluzywna, pełna wrażeń, przyjemnych niespodzianek, zapewniająca niesamowite widoki przez okno, uprzejmą obsługę i pełny bufet.
Tak właśnie zdefiniowałabym naszą miłość: PODRÓŻ, której początek się pamięta, ale koniec można sobie tylko wyobrażać. Wielka NIEWIADOMA. Życiowa PRZYGODA.
I jesteśmy w kwietniu 2017, gdzie chaos był wszędzie i chaosem było wszystko dookoła. Pierwszym uczuciem po otworzeniu powiek był stres. Spowodowany maturą ofc, wylewał się na wszystkich i na każdego z osobna. A najbardziej na Niego... Kryzys? Chyba można mówić o kryzysie, kiedy dwójka kochających się do tej pory ludzi, częściej niż rzadziej odbywa rozmowę o sensie dalszej wspólnej przyszłości. Najgorsze, że nawet po przebrnięciu przez fale nerwów, egzaminów, rezultatów ta wrogość w nich została. Dało się wyczuć, że jedna ze stron chce się poddać. Tą stroną byłam ja.
Wyjazd do Francji był chyba najlepszym, co mogło mnie tamtego roku spotkać. Nie dość, że po zmarnowaniu prawie 3 miesięcy na szukaniu nieopłacalnej pracy, dostałam szansę jechać gdzieś, gdzie zarobki przełożą się na ofiarowany wysiłek, to jeszcze miałam okazję przeżyć wspaniałe 14 dni z przyjaciółmi, ludźmi dorosłymi oraz z Nim. Każdego poranka, jasnego lub ciemnego, zimnego lub ciepłego budziłam się w Jego objęciach. Każdego poranka wystarczyło lekko obrócić głowę, otworzyć powieki i już miało się gwarancję dobrego dnia. Miałam moje małe szczęście na śniadanie (czasem bardzo szybkie i ubogie), obiad (nie zawsze jadalny) i kolacje (bardzo często aż za obfitą). Kiedy praca łamała, słońce wypompowywało siły a deszcz usuwał najszczersze chęci, On był blisko, dodawał otuchy, służył nie tylko słowem, ale i gestem. My protector.
Gdyby nie Jego upór, gdyby nie starania, rozmowy, nawet takie prowadzone szeptem pod domem o 2 w nocy, nie wiem gdzie byłabym dzisiaj. "Nie pozwólmy temu się popsuć"- prosił. Prosił o to, jak dziecko prosi rodziców o zatrzymanie małego pieska przybłędy. A rodzice zobaczyli w nim ten zapał, błysk w oku, zdeterminowanie. I nie potrafili mu odmówić, bo tak naprawdę sami pragnęli przygarnąć tego kundelka pod swój dach, dbać o niego i patrzeć jak dorasta. I dali mu szansę. A on jej nie zmarnował.
Tata również.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
10
Nie umiem już pisać, jak dawniej. Nie jestem tą osobą. Cofnęłam się o kilka metrów na trasie góry, którą bardzo długo próbowałam zdobyć, żeb...
-
Nie umiem już pisać, jak dawniej. Nie jestem tą osobą. Cofnęłam się o kilka metrów na trasie góry, którą bardzo długo próbowałam zdobyć, żeb...
-
Spokojna niedziela, gdzieniegdzie jeszcze drobne, mokre, szarawe plamki, przypominające o kołderce, która zaledwie parę tygodni temu zdawała...
-
Kolejne doświadczenia, kolejne kłody pod nogami, kolejne wyrzuty i mnóstwo "nie". To, po krótce opis naszej 10 tygodniowej wypra...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz