niedziela, 17 lutego 2019

after all...

Miałam zmienić kierunek, ale to nie takie proste, gdy ten wewnętrzny kompas, znajdujący się w  lewej części ciała, ochraniany przez kilka żeber, decyduje o wszystkim. To serce podpowiada, że parę słów należy tu zamieścić.
Zaczynam tego posta kolejny już raz i nie wiem jak się do tego zabrać. Wiem, że jego główny adresat otrzyma moją wiadomość prędzej czy później, dlatego dokładnie ważę każde słowo. Nie ukrywam, że robię to także TUTAJ dlatego, że wcześniej nie miałam odwagi...


Dziś mija dokładnie 1096 dni odkąd jesteśmy razem. 732 dni robocze. 3 lata. 36 miesięcy. A my ciągle popełniamy te same błędy. Mam takie wrażenie, że chcemy być dla siebie tak bardzo, że pomijamy nas a czasem idziemy za bardzo we własne ja. 

Próbuję lepić cię tak jak chce. Ugniatam z każdej niewygodnej dla mnie strony i dokładam tam, gdzie mi pasuje. Usuwam odstające fragmenty, wygładzam brzegi. A z efektu ciągle jestem niezadowolona. Skutkuje to częstą złością, potokiem nieprzyjemnych słów, masą nieuzasadnionych pretensji, głębokimi zaburzeniami dnia a nawet tygodnia na własne życzenie. Uważam się za idealnego rzeźbiarza. A prawda jest taka, że każda moja praca to po prostu pozornie foremny zlepek kłamstw. 
I myślę... Czemu muszę wyrównywać wszystkie krawędzie? Czemu każda część musi być proporcjonalna? Czemu do jasnej cholery nie potrafię przyjąć Cię takim jaki jesteś? Przecież takiego Cię pokochałam. Nieidealnego. Wiecznie spóźnionego, z kilkuminutowym zawieszeniem przed każdą zleconą czynnością, porywczego raptusiewicza ze słodkimi dołeczkami w policzkach.

A Ty? Czemu zatykasz uszy zawsze jak otwieram usta, by coś Ci powiedzieć? Czemu muszę się powtarzać, bo inaczej żadna informacja nie zostanie przyswojona? Czemu nie walczysz dla mnie tak jak walczysz dla innych? Czemu pozwalasz mi siedzieć samej i przewijać w głowie ciągle ten sam schemat zamiast po prostu go zakończyć? Jak możesz nie zauważać, że kierujesz moim życiem, charakteryzujesz je i dekorujesz wedle swojego uznania, nawet, gdy nie robisz tego świadomie? Bo ja jestem tutaj całą sobą ... A to nie lada wyzwanie, kiedy człowiek składa się z tylu różnych cząstek, jak ja i każda z nich mogłaby być w stu innych miejscach...


So many questions... But where are answers? 
Uczymy się. Wciąż się uczymy jak być obok siebie i nie wybuchnąć. Jak przygotować walizkę żeby zmieścić do niej książki, xboxa, bordową pomadkę i samochodowy odświeżacz powietrza. Jak zjeść ciastko i mieć ciastko. 

Kocham to, że nigdy nie pozostajesz obojętny na moje łzy.
Kocham to, że nawet po najgorszych słowach wypowiedzianych prosto w oczy potrafisz objąć mnie i ochronić przed całym światem.
Kocham to, że w nocy, kiedy chłód zakradnie się pod naszą pościel, temperatura twojego ciała potrafi zagotować we mnie wszystkie myśli..
Kocham to, że nie pozwalasz temu wszystkiemu się skończyć. Po prostu. 

A przede wszystkim kocham Cię pomimo wszystko, Tato.

niedziela, 3 lutego 2019

strugling with... monothematicity?

Spokojna niedziela, gdzieniegdzie jeszcze drobne, mokre, szarawe plamki, przypominające o kołderce, która zaledwie parę tygodni temu zdawała się chcieć zatrzymać nas w naszych własnych czterech ścianach do końca życia. Kołderka, która może i była sroga dla skóry, ale przyjemna dla oczu. 
Teraz czas na zmianę pościeli. Również szarawy, ale jakże mięciutki, cieniutki i delikatny kocyk, towarzyszący mi w to wolne popołudnie. Zza okna, jakby niebo czytało moje myśli, głaszczą mnie po twarzy promyczki złotego słońca. Do tego wisienka na torcie- Coldplay rozpływający się w... uszach? Słowem- dobry moment na kolejny wpis. 

I'm just wondering... Czy nie lepiej odsunąć na bok ten jeden główny nurt, który jest u mnie jakby klasyką gatunku? Mowa o tych bardziej i tych mniej tkliwych wpisach na temat NAS. Nie uważam ich za porażkę, wciąż są dla mnie i jeszcze jednej osoby cudownym prezentem na te mniej cudowne dni. Jednak, wcześniej potrafiłam pisać o wszystkim. Wcześniej, czyli w życiu, którego prawie nie pamiętam. Nie tak dawno, osoba, na której zdaniu zależy mi bardziej niż bardzo, delikatnie dała mi do zrozumienia (wiem, że żartobliwie), że jestem monotematyczna. Dlatego paznokcie moje mają kolor brudnego różu a nie jak zwykle brudnego wina. Pomału do przodu...

Do tej pory uważałam tego bloga za wybieloną wersję mnie. Tak, otwarcie chyba mogę to powiedzieć. Może pojawiały się pewne hmm... elementy, które osoba znająca mnie mogłaby poskładać w spójną całość, jednak sprytnie dobierałam słowa, metafory i przenośnie, tak aby wszystko wyglądało tak, jak ja chce.  

Natomiast, rzeczywistość można przyrównać do moich paznokci- jest bardziej brudna. Czy chcę tutaj to zamieszczać? Czy chcę zaburzać to wszystko, co dokładnie rok temu, w stanie gorączki w środku nocy udało mi się zbudować? "To jest kwestio sporno" - cytując pewnego geniusza.
Chce być bardziej mną, bardziej "wkurza mnie, że...", bardziej "byłoby lepiej, gdyby...". Bo jeśli na co dzień narzekanie i zdenerwowanie towarzyszą każdemu mojemu ruchowi, to czemu mam wstydzić się tego na własnym blogu? So...



Sesja sresja i po wszystkim. Nie byłabym ze sobą do końca szczera, mówiąc, że semestr ten wymagał ode mnie dużo pracy. Czasem na zajęciach się było, czasem nie, często- tylko ciałem. Nie mniej jednak, obiektywnie muszę stwierdzić, że jakieś tam wysiłki były, co więcej, o wiele większe niż w poprzednich semestrach. Skutek? W las to nie poszło. 3 semestr Filologii Polskiej kończę z najlepszą do tej pory średnią, o wiele większą niż w liceum (rly). Nie oczekuje owacji, zupełnie wystarczy mi "no młoda" + żółwik zbity z Adasiem. 
Co nie zmienia faktu, że kiedy arcyważna dla mnie osoba pyta z czego był (ostatni) egzamin, a potem pyta kiedy wszystko kończę, podczas gdy od tygodni nie rozmawiamy o niczym innym.... Czuję się mocno pominięta. Przepraszam, takie są moje uczucia. Tylko, że to niczego nie zmienia, bo problemu jak nie było, tak nie ma. Dopóki go sama sobie nie stworzę. Yup, that's me.

Teraz, kiedy mam czas na wszystko, nie potrafię go wykorzystać. 
Chcę czytać. Czytać ciągle, a potem wypić pół litra herbaty żeby móc przerzucić się na prze-wygodne łóże i kontemplować z serialem. 
Chcę wychodzić. Wychodzić wszędzie tam, gdzie przez ostatnie miesiące mnie nie było. 
I rozmawiać. Rozmawiać z tymi, którzy może też czują się pominięci, a może po prostu o mnie zapomnieli. Tak czy siak, chcę do nich mówić i chcę ich słuchać, bo znajomi to od zawsze był element na szczycie moich szczęść. Nawet jeśli świadomie czasem zamieniam ich liczbę mnogą na tę jedną jedyną... pojedynczą porcję szczęścia. 

Eh, żyćka nie oszukam. Co by się nie działo, wszystko sprowadza się do jednego- Kocham Tatę

10

Nie umiem już pisać, jak dawniej. Nie jestem tą osobą. Cofnęłam się o kilka metrów na trasie góry, którą bardzo długo próbowałam zdobyć, żeb...