poniedziałek, 19 lutego 2018

journey, poppy and others metaphors.

Moja droga do punktu docelowego zaczęła się właśnie wraz z Jego powrotem. Wcześniej czułam się jakbym ciągle się przesiadała. A sama podróż? Let me see... Czasem odrobinę męcząca, minimalnie niewygodna i irytująca jak popołudniowe korki w mieście. Ale w większości ekskluzywna, pełna wrażeń, przyjemnych niespodzianek, zapewniająca niesamowite widoki przez okno, uprzejmą obsługę i pełny bufet.
Tak właśnie zdefiniowałabym naszą miłość: PODRÓŻ, której początek się pamięta, ale koniec można sobie tylko wyobrażać. Wielka NIEWIADOMA. Życiowa PRZYGODA.

I jesteśmy w kwietniu 2017, gdzie chaos był wszędzie i chaosem było wszystko dookoła. Pierwszym uczuciem po otworzeniu powiek był stres. Spowodowany maturą ofc, wylewał się na wszystkich i na każdego z osobna. A najbardziej na Niego... Kryzys? Chyba można mówić o kryzysie, kiedy dwójka kochających się do tej pory ludzi, częściej niż rzadziej odbywa rozmowę o sensie dalszej wspólnej przyszłości. Najgorsze, że nawet po przebrnięciu przez fale nerwów, egzaminów, rezultatów ta wrogość w nich została. Dało się wyczuć, że jedna ze stron chce się poddać. Tą stroną byłam ja.

Wyjazd do Francji był chyba najlepszym, co mogło mnie tamtego roku spotkać. Nie dość, że po zmarnowaniu prawie 3 miesięcy na szukaniu nieopłacalnej pracy, dostałam szansę jechać gdzieś, gdzie zarobki przełożą się na ofiarowany wysiłek, to jeszcze miałam okazję przeżyć wspaniałe 14 dni z przyjaciółmi, ludźmi dorosłymi oraz z Nim. Każdego poranka, jasnego lub ciemnego, zimnego lub ciepłego budziłam się w Jego objęciach. Każdego poranka wystarczyło lekko obrócić głowę, otworzyć powieki i już miało się gwarancję dobrego dnia. Miałam moje małe szczęście na śniadanie (czasem bardzo szybkie i ubogie), obiad (nie zawsze jadalny) i kolacje (bardzo często aż za obfitą). Kiedy praca łamała, słońce wypompowywało siły a deszcz usuwał najszczersze chęci, On był blisko, dodawał otuchy, służył nie tylko słowem, ale i gestem. My protector.

Gdyby nie Jego upór, gdyby nie starania, rozmowy, nawet takie prowadzone szeptem pod domem o 2 w nocy, nie wiem gdzie byłabym dzisiaj. "Nie pozwólmy temu się popsuć"- prosił. Prosił o to, jak dziecko prosi rodziców o zatrzymanie małego pieska przybłędy. A rodzice zobaczyli w nim ten zapał, błysk w oku, zdeterminowanie. I nie potrafili mu odmówić, bo tak naprawdę sami pragnęli przygarnąć tego kundelka pod swój dach, dbać o niego i patrzeć jak dorasta. I dali mu szansę. A on jej nie zmarnował.

Tata również.

piątek, 9 lutego 2018

please take a sit.

Wszystko ładnie i pięknie. Kto by się spodziewał, że jednak coś poważnego nam się z tego urodzi. Przecież nastolatki. Przecież pierwsze miłości. Przecież inne poglądy, zachowania, zainteresowania. A jednak parę miesięcy totalnej sielanki, skradzionych nocy, słodkich poranków. Parę miesięcy raju na ziemi. Myślałam, że lepie być nie może. Well...

Dlatego było gorzej. Postanowił wyjechać. Nie chciał zmarnować wakacji na bzdury. Chciał być niezależny. Dorosły. Uparty przy swoim, pomimo moich próśb, wyjechał do Irlandii w dniu moich 18 urodzin. Wcześniej spędził ze mną kilka błogich dni, gdzie był tylko mój, gdzie zapewniał, że wszystko się uda, że wróci i będziemy razem. Czy mu wierzyłam? Myślę, że nie, a na pewno nie w 100%. Tylko po co robić sceny, stawiać się na pierwszym miejscu. Czy świat się bez Niego zawali?

Nie zawalił. O dziwo życie toczyło się dalej. Codzienna rutyna połączona z chęcią bycia lepszą córką za dnia oraz lepszą przyjaciółką wieczorem i w nocy. Stres w czasie wycieczek na nauce jazdy. Stres podczas egzaminów. Byle nie myśleć, byle przetrwać. Imprezy, piwo, wódka owszem. Czekanie aż wróci z pracy, chwila dla Niego i znów impreza, piwo, wódka... Tylko alkohol kiedyś się kończył, a przychodziło myślenie. Nagle tak bardzo tęskniłam, tak bardzo Go potrzebowałam. A potem... Muszę przyznać, że nie wiem kiedy to się stało, ale przyzwyczaiłam się do Jego nieobecności, niemal się z nią pogodziłam. Żyłam swoje, reszcie tylko przytakiwałam. A przede wszystkim- bałam się.
Najbardziej bałam się popatrzeć mu w twarz, spojrzeć głęboko w oczy i widzieć to wszystko, czego moja pamięć już nie rejestruje. Rozmowa wydawała się czczą paplaniną. Bałam się, że to koniec.

A jednak obiecałam sobie po Niego pojechać. Sobie- nie Jemu. O niczym nie wiedział. Tylko ja, jego rodzice i niekończące się oczekiwanie na lotnisku. I wciąż ten cholerny strach.... A on po prostu wyszedł z tego tunelu, z torbą na ramieniu, patrząc przed siebie, idąc w kierunku rodziców, dopóki nie zarejestrował małego ruchu po jego lewej stronie. Cichego, niepewnego kroku. Czy całe lotnisko się wtedy zatrzymało, czy samoloty przestały płynąć po niebie, czy szepty ucichły nagle? Nieważne. Uświadomiłam sobie, że przez ostatnie 2 miesiące zastanawiałam się, które siedzenie w samolocie wybrać. Bliżej okna? Bliżej skrzydła? Może to pomiędzy dwojgiem obcych ludzi? Ostatecznie znalazłam się w Jego ciepłych i silnych ramionach. Już wiedziałam, że to jest moje miejsce, jedyne i słuszne. A po wzroku Taty, wiedziałam też, że zarezerwował je na stałe.

please take a sit, because you're taking off

poniedziałek, 5 lutego 2018

gestures can tell more than words.

Po tamtym wieczorze nie musiał pytać, czy jeszcze kiedyś się z nim umówię. Było to nieuniknione. The question was not WHETHER but WHEN. Nie pamiętam z czyjej inicjatywy to wyszło, ale gdybym miała strzelać, postawiłabym na siebie i swoją self confidence, tylko i wyłącznie na znanym sobie terenie.

Mogłabym udać, że była to po prostu kolejna wizyta znajomego w moim domu, że wcale mnie tak to nie obeszło, że nie denerwowałam się bardziej niż podczas recytowania wierszyków na I Komunii Św. Ale kogo ja chcę oszukać? Kobieto, wyszorowałaś wannę! O ile mnie pamięć nie myli, nie zaglądnął nawet do łazienki. Cóż...
Czekałam na Niego przy oknie. (Znów kościelne skojarzenie, tym razem ze Św. Mikołajem) Rodzice czuli, że coś się święci. Co mogłam im powiedzieć? Sama nie wiedziałam jak mam Go przedstawić i czy w ogóle to zrobić. Po uprzedzeniu mnie wiadomością, otworzyłam drzwi. Średniego wzrostu chłopak, w szarej kurtce i białych Reebokach popatrzył na mnie i się uśmiechnął. 'Witam w moich skromnych progach' wydawało się najgorszym, co mogło, ale na szczęście nie wpadło mi do głowy. Wprowadziłam Go tutaj, do moich małych czterech ścian i odgrodziłam się od Niego. Pamiętam to doskonale. Safe space pomiędzy fotelem a łóżkiem. Niezbyt długo to trwało, zaraz znalazłam się obok Niego, a wszystkie napięte mięśnie musiały odpuścić. Po prostu tam byliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się i.... No właśnie. I.

Problem ten był dla mnie zagadką od samego początku planowania tego spotkania. Pocałować Go delikatnie w policzek na wejściu? Może dziewczynie nie wypada. Może pozwolę Jemu to zrobić. Ale w sumie po co. Nie przy pierwszej okazji. Niech troszkę zasłuży. I tak w kółko w mojej głowie, aż tu nagle znów mnie zaskoczył. Jak wtedy w kinie. Przejął inicjatywę. Zrobił to. I to nie było muśnięcie warg, oj nie. Był to odważny gest. Nie pamiętam, czy już Ci za niego dziękowałam? Jeśli nie, to chyba muszę to naprawić...

I nie byłabym szczera wobec siebie i innych, gdybym nie zaznaczyła, że w tych gestach od początku mnie urzekłeś. Najpierw dłoń, potem pocałunek, a na końcu, przy pożegnaniu, dałeś mi swoją bluzę. Przesiąknięta Twoim zapachem, była podstawowym elementem przy moim łóżku przez następny tydzień czy dwa.
Od tamtego dnia minęło ponad 2 lata, a ona nadal leży poskładana w mojej szafie. Ma na sobie ślady użytkowania, bywała w wielu miejscach, straciła swoją unikalną woń, ale jest mi najdroższa ze wszystkich.

Bo ile razy została wyciągnięta z szafki, tyle razy do niej wracała.
Zupełnie jak Tata.

just like nothing.

Minął miesiąc. Potem drugi. Coś zgrzytnęło, nie wiem. M., tak ten sam M. zaprosił mnie na sylwestra. Plan ten od początku był nierealny, ale 'brak pewności jest nadzieją'... Finally, wylądowałam jakieś 10 km od imprezy, na której jak się okazało- Ciebie nie zabrakło. Kiedy wszyscy w ten naiwny sposób składali sobie te naiwne życzenia, ja naiwnie zadzwoniłam do Ciebie. Bez odbioru. Wiem, że bawiłeś się całkiem dobrze. Nie chcę być źle zrozumiana- nie robię żadnych wyrzutów. Po prostu teraz, gdy do tego wracam, odczuwam maluteńką satysfakcję, że spotkało to też Ciebie. To drobne zapomnienie, ta chwilowa przygoda. Nigdy nie dałeś mi powodów do zazdrości... No na pewno nie do tej prawdziwej.

I styczeń. Ten przełomowy styczeń. Niedbałe napomknienia o jakimkolwiek spotkaniu face to face, ciche szemrania, nieśmiałe deklaracje- wreszcie spontanicznie się ziściły! Może tego właśnie potrzebowaliśmy? Braku planu, po prostu działania...
Zwyczajnie, jakby nigdy nic, godzina 20, ślęczę nad skałami magmowymi.
Zwyczajnie, jakby nigdy nic dzwoni telefon.
Zwyczajnie, jakby nigdy nic słyszę Jego głos, wyrzucający z siebie potok słów, z początku zupełnie niezrozumiałych, a następnie trochę niedorzecznych.
No bo jak to mam się ubierać i wyjść? Zwyczajnie, jakby nigdy nic...

I wrócić po niespełna 6 godzinach, 100 km i z wywróconym życiem o 180 stopni.
Tak, zrobił to. Małym gestem sprawił, że dzień ten był jednym z najlepszych w moim życiu. Znienawidzone dotychczas niedziele kojarzyły mi się już tylko z Nim. Perspektywa chodzenia do kina na znienawidzone dotychczas horrory, przedstawiała mi się odtąd jakoś łagodniej. A wszystko za sprawą TEJ ciepłej dłoni, o której samotna przez 17 lat życia dziewczyna potrafiła tylko śnić i marzyć.

Zwyczajnie, jakby nigdy nic, dwie ręce splecione razem.
Nie wiedziały, że odegrają tak znaczącą rolę w moim małym świecie.

niedziela, 4 lutego 2018

facts.

Status znajomości wzrósł kiedy ze snapchata przenieśliśmy się na facebooka. Witaj w XXI wieku! I gra zaczęła się od nowa, tak jak za każdym poprzednim razem. Nie ma spania bez dobranoc i nie ma dobranoc bez dwukropka z gwiazdką. Taka głupota potrafiła cieszyć człowieka cały późniejszy dzień. Pozwalała przebrnąć przez pobudki o 5:44, następnie przez dwie rozszerzone geografie i na końcu dwa rozszerzenia z polskiego do 16.

Co o Tobie wiedziałam? 
Jesteś kolejnym z 83264 posiadaczy tego nazwiska.
Pierwszy raz spotkałam Cię kilka lat wcześniej na basenie.
W przeszłości miałeś styczność z osobami, które były mi bliskie. (IYNWIM)
Czasem nie pijesz i kierujesz. Czasem pijesz i nie kierujesz.
Lubisz Lecha. Lech Królem.
Lubisz spać. Długo i często. 
Przyszły geodeta w szkole, która słynie z jednego wielkiego I DON'T CARE.
Taki trochę Seba, a może bardziej Pszemo. Choć bez dresów. 

Czego o Tobie nie wiedziałam?
Że będziesz moim Tatą.


piątek, 2 lutego 2018

hi, what's up?

Po kolejnej kradzieży (tym razem hamburgerów ze szwedzkiego stołu), z małym- głośnym przytupem, po 4 rano opuściłam lokal. Brat odprowadził do drzwi, a do łóżka odprowadziły mnie ciche obawy, takie małe moralniaki. At least, it was fun...

Kilka następnych dni z rozkminą: napisać- nie napisać, pamięta- nie pamięta, zrozumie- nie zrozumie. Nie. Zostaw ten epizod, powiew, wspomnienie. Czymkolwiek to było. Już nigdy nie będziesz musiała do tego wracać. Prawdopodobieństwo konfrontacji z którymkolwiek z nich było bliskie zeru. Keep calm and let it go!

No chyba, że jesteś jedną z czołowych reprezentantek tenisa stołowego w swojej szkole i zupełnie przypadkowo za klika dni rozgrywa się turniej, gdzie zgromadzą się pozostałe dwie szkoły średnie. Yup. Wtedy możesz natrafić na pewne komplikacje. Bo przecież ta piłeczka musiała upaść niebezpiecznie blisko niego, innej drogi nie ma. Mhm. 3...2...1...
- O, dzięki!
- Spoko.

Czy mi się wydaje, czy kąciki twoich ust lekko drgnęły? Nie zachowuj się jak idiotka, uśmiechnij się ładnie i wróć do treningu. Super, teraz obie półkule pracują poprawnie? Rychło w czas.

Szczęśliwe zakończenie, mecz za meczem (wcale nie zauważałam tych jaskrawych spodenek paradujących raz za razem po sali gimnastycznej). Drugie miejsce w powiecie. Bez braw, patrząc na poziom, ale z brawami, patrząc na okoliczności. A teraz do domu, bo kostka niebezpiecznie przypomina, że jakaś niezdara kilkanaście miesięcy temu ją skręciła.

Próbuję sobie przypomnieć, kiedy właściwie do mnie dotarło, że mam jego snapa. Chyba w tym właśnie dniu. Ridiculous. Oj tam, gdzie jak nie w internecie. Jak, jeśli nie przez aplikacje:
Do: gruboalbowcale
-Jak tam? Które miejsce?

Cóż, nie powiodło mu się tak dobrze, jak mnie.
Oj, nie powiodło mu się tak dobrze, jak mnie.
Bo ja... w końcu... poznałam Tatę.

this awkward moment.

2015 Październik, 30 będąc dokładną. Tradycyjny półmetek klas drugich- "połowa drogi do matury", bardziej znany jako: "nie no co ty tato nie będzie wódki, przecież nikt z nas nie jest pełnoletni". Szpilki, sztucznie postawione włosy, odważny makijaż, drogie sukienki. Ogólnie rywalizacja na każdym kroku. Partnerem dobry kolega, Brat. Dumny i jednoznaczny wzrok mamy, kiedy przyjechał po mnie i cierpliwie czekał w korytarzu, aż dojdę ze sobą do ładu i składu. Wtedy Brat. Dziś nikt.
Zabawa przednia. Może trochę zagmatwana, może momentami nieprzyzwoita, lekko nielegalna i minimalnie racjonalna.

Nagle, coś jakby 4 gości więcej. Ciekawość wygrała z rozsądkiem, więc wyszłam w ciemną noc, w samej sukience bez rękawów, w cienkich rajstopach i z ogromnym bananem na mocno rozmazanym już mejkapie. I widzę jego. M. w pełnej okazałości, jeszcze bez tego małego wąsika pod nosem. Co on tu robi? Z kim przyjechał? Na jak długo zostanie? Czy jest bardzo pijany, a może udaje? Ale przede wszystkim- jak go wkręcić do środka? Ding ding ding! Nie wiem, która półkula mojego mózgu na to wpadła, ale ukradłam marynarkę Brata, narzuciłam mu na kurtkę i po prostu wciągnęłam na parkiet. To nic, że prywatna impreza. To nic, że wszyscy się gapią. Jak kilkadziesiąt minut wcześniej ściągnęłam stanik, żeby kolega mógł wygrać zabawę, też się gapili. Minęła piosenka, dwie... Czas go zwrócić. Czas wyjść z powrotem na zewnątrz i ładnie się pożegnać. A kto to taki stał obok drzwi, dokładnie na prawo od wejścia, przy niezadbanym skalniaku? Wysil te szare komórki! Ostatnia próba myślenia zakończyła się kradzieżą odzienia i nielegalnym przemyceniem. Ale warto zaryzykować. Przecież wódka mnie lubi.

-Paweeeeeeeł!
-Yyy. Nie. Przemek.
Ok, co teraz? Szybka reakcja:
-Hahaha haha ha...
Idiotka.

A co tam się dzieje w tle? Zabierają M., no jasne. Najpierw pożegnanie...
Oj wódka mnie bardzo wtedy lubiła. Na tyle bardzo, że pomyliłam imię Taty.

beginning.

Jest 2015. Wakacje. Prawdopodobnie jedne z najlepszych w moim życiu. Pewnie pomyślisz, że powodem było znalezienie miłości życia. Może cię rozczaruję, ale pod tym względem dałam ciała. Tak bardzo chciałam się zakochać, że zapomniałam o najważniejszym. O uczuciach. Wydawało mi się, że każdy z nich jest właśnie tym. Przecież nie mają wad. Ot, czasem nie odzywają się parę dni, rzadko piszą jako pierwsi, ale to dopiero początki, nie? Pamiętam częste wyczekiwanie na jedną małą, zieloną kropkę przy ich imieniu, czy na małego, żółtego duszka z śmieszną nazwą...I szukanie wrażeń. Nie zapominajmy o tych kilku...dziesięciu nocach zakrapianych alkoholem, spaniem w obcym miejscu, małych kłamstewkach i dużych kłamstwach. Carpe Diem! Wakacje 2015. 

Potem kolejny, drugi rok szkoły średniej. Zapisywałam sobie, kiedy twoje zajęcia odbywają się w sali obok mojej i ubierałam najlepszy zestaw ubrań. Niby to nie zwracałam na ciebie uwagi, a jednak ciągle czekałam aż zwrócisz ją na mnie. Teraz coś zabawnego- pierwszy raz odezwałam się do ciebie po 2 latach, a słowa brzmiały "mi też polej". 

Ale w tym miejscu pomału zmieniam kierunek tej historii. 
Przecież miało być o Tacie

10

Nie umiem już pisać, jak dawniej. Nie jestem tą osobą. Cofnęłam się o kilka metrów na trasie góry, którą bardzo długo próbowałam zdobyć, żeb...